2008-04-06

Byliśmy tam...

Kraków znany i nieznany cz.2

Tagi: Kraków
Przy czytaniu tego tekstu polecam włączyć sobie Grube Ryby i ich piosenkę „Artyści”, która znakomicie oddaje „kulturalny” Kraków.



Od niedawna Kraków kojarzy się z wszechobecnymi Anglikami, którzy przyjeżdżają tutaj na weekendy. W końcu Kraków turystami stoi, ale Ci są bardzo specyficzni. Po wielu ekscesach w pubach krakowskich, ale też po kilku obywatelach z Wysp w stroju filmowego Borata, czy też całkiem nagich sam Magistrat nałożył na restauratorów obowiązek nie obsługiwania "niestosownie ubranych klientów". Trzeba również zauważyć, że na niektórych pubach zawisły tabliczkami z zakazem wstępu dla Anglików. Nie zmieniło to jednak faktu, że Anglicy są bardzo liczną grupą w centrum Krakowa, szczególnie Ci młodzi. Jedynie 15 min pociągiem z lotniska w Balicach przyciąga na nocne imprezowanie. Nie ma to jednak już tak wielkiego wymiaru jak jeszcze rok temu. Właściciele barów i restauracji przedkładać zaczęli spokój nad zysk i kłopoty z angielskojęzycznymi klientami.

Jeśli o spokoju mowa – artyści krakowscy. Idąc ulicami najbardziej zatłoczonymi (Floriańska, Szewska), ale też na samym Rynku można spotkać dorabiających sobie muzyków. Są to niejednokrotnie absolwenci lub studenci Akademii Muzycznej, ale również i uliczni grajkowie zarabiający na piwo. Gdy idziemy ulicą słysząc tutaj trzy akordeony, tutaj zespół grający tradycyjny jazz, gdzie indziej młodego człowieka wydzierającego się z gitarą, myślimy sobie, że fajnie tak, tyle muzyki, kultury. Nie jest to jednak tak odbierane przez wszystkich, bo wyobraźmy sobie, gdyby cały dzień za oknem naszego mieszkania wydzierał się ktoś i dogrywał marnie na gitarze. Fakt taki jest plagą dla mieszkańców Centrum, którzy nie mogą nawet otworzyć w lecie okna, bo mniejsza o hałas tłumu ciągnącego na Rynek, ale muzyka, nawet w wirtuozerskim wykonaniu męczy po jakimś czasie.

Jednak artyści krakowscy, to nie tylko muzycy, ale też malarze czy przedstawiciele nauk humanistycznych. Ci ostatni zaskakują i widząc obdartego człowieka, trochę brudnego wcale nie musi się on okazać bezdomnym. Może to, bowiem być profesor z uniwersytetu, albo faktycznie bezdomny, ale kształcony. Tutaj miejsce na anegdotę rodem z ulicy Floriańskiej. Idąc nią w stronę Rynku zaczepiony zostałem przez takiego właśnie obdartego i brudnego jegomościa z pytaniem o pieniądze. Odpowiedź była standardowa – „Nie mam, jestem studentem”, ale riposta rozmówcy zwaliła mnie z nóg i wprawiła w lekkie zakłopotanie – „To był najgorszy oksymoron, jaki usłyszałem”. W jakim innym mieście bezdomni używają takich słów? Chyba w żadnym... Wyróżnia się również artystów, którzy rozmawiając o sztuce, uważają się za jej znawców i twórców, a są de facto pseudoartystami. To tacy właśnie najczęściej obecni są na ulicach Krakowa nie dbając o wygląd, bo przecież dla artysty najważniejsza jest sztuka. O takich właśnie opowiada piosenka, którą poleciłem do wysłuchania podczas czytania tekstu. Jednak nawet Ci znani, jak Penderecki czy Mrożek uważają się za lepszych i są zakochani w sobie i tym, że mieszkają w Krakowie.

Najbardziej uderzającą cechą jest krakowski snobizm. Wszystkie środowiska są zamknięte i jeśli nie ma się w dowodzie zapisanego miejsca urodzenia jako Kraków ciężko będzie się przebić do jakiejkolwiek grupy. Ma się to do środowisk artystycznych, twórczych, ale też naukowych. W Krakowie zawsze lepszy będzie ten, który jest Krakusem. Przykra to prawda, ale doświadczona przez wiele osób – bez osoby wprowadzającej i ciężkiej pracy nad budowaniem zaufania nie ma możliwości przeniknięcia do określonego środowiska. Jednak szczytem snobizmu i wyższości Krakowian jest dla mnie pobieranie opłat za wejście do Katedry na Wawelu. Jest to, bowiem tak, jakby Paulini pobierali opłaty za wejście na Jasną Górę i zobaczenie w Kaplicy Matki Bożej Cudownego Obrazu. Nie potrafię zrozumieć rozumowania dyrekcji Muzeum i zabraniania kontaktu z miejscem, gdzie leżą królowie Polski, gdzie są relikwie św. Stanisława, gdzie były korowane głowy naszego Państwa, gdzie w końcu leżą Słowacki, Mickiewicz i Norwid. Wynika z tego, że wejście na modlitwę w tym miejscu jest niejako niedozwolone. Otóż o dziwo nie, ale Straż Katedralna wyznacza miejsce tuż przy nich, a to z kolei znaczy, że nie można podejść bliżej. To jest farsa! Nie należy się jednak tym przejmować i spokojnie zwiedzać to szczególne miejsce nie zapominając, że przy wejściu wisi potężne żebro wieloryba, a drzwi do Katedry przez wiele lat były elementem rozpoznawczym Telewizji Kraków.

Z innych ciekawostek, nie do końca miłych, to smok wawelski. Wszyscy wiemy, że wiąże się z nim legenda, ale nie wszyscy wiemy, że aby zionął ogniem należy wysłać smsa. Wtedy to przez moment wydobędzie się z niego ogień. Śmieszne, ale prawdziwe. Miejsce, gdzie stoi smok jest zawsze pełne od ludzi, wycieczek (w szczególności szkolnych), ale mało, kto sobie głowę zaprząta świetną lokalizacją i deptakiem. To po tym właśnie deptaku chodzi do tej pory czasem Robert Korzeniowski i to tutaj się przygotowywał do olimpiad. Jest to doskonałe miejsce na spacer i odpoczynek. Można przypatrzeć się na Wawel i Zamek, podziwiać zakole Wisły, gdzie, co roku odbywają się Wianki, usiąść na ławeczce czy bezpośrednio na trawie obok pomnika pewnego psa, który czekał na swojego właściciela w tym miejscu przez kilka tygodni.

Teraz jednak należy powiedzieć o kilku wartych zobaczenia miejscach. Takimi są z pewnością kopce – Kopiec Kościuszki, Piłsudskiego, Krakusa. To z nich rozciąga się cudowny widok na cały Kraków. Warto wspomnieć o pewnym przesądzie związanym z Kopcem Kościuszki – nie chodzi się tam w czasie sesji egzaminacyjnej, bowiem można się pożegnać ze studiami wtedy. Do Kopca Piłsudskiego prowadzi bardzo sympatyczny park, a u jego podnóża znajduje się krakowskie zoo. Jest ono, co prawda małe i na niektóre zwierzęta z żalem się patrzy, że nie mają większej przestrzeni jednak jest tam kilka zwierząt wartych uwagi, co w powiązaniu ze spacerem na Kopiec jest bardzo miłą perspektywą spędzenia dnia.

Jeśli nie musimy iść ulicą Floriańską do Rynku, bądź nią wracać z niego i obijać się o tłum turystów, warto iść jedną z równoległych, które są mniej zatłoczone i równie ciekawe. Skoro o Floriańskiej mowa, to mało, kto wie, że Brama Floriańska, to nie jedyna, jaka kiedyś prowadziła do miasta, a ostała się do dzisiaj w bardzo ciekawy sposób. Dzisiejsze Planty (park wokół Starego Miasta) są na miejscu dawnych murów i fosy. Z murów obronnych Krakowa pozostała jedynie część, którą możemy podziwiać. Rada Miasta kazała je zburzyć, ponieważ ludzie przynosili śmieci i zostawiali pod murami. Powodowało to ogromny smród. Jednak część radnych wzięła się na sposób i przedstawiła stanowisko, że nie można zburzyć murów od ulicy Floriańskiej i samej bramy, ponieważ damą, które będą zmierzały na Rynek przeciąg obecny od Rynku będzie podwiewał suknie. W ten oto sposób pozostała część murów i brama Floriańska, na której widnieje płaskorzeźba św. Floriana, a w jej środku jest ołtarz z kopią cudownego obrazu Matki Bożej Piaskowej.

To właśnie od Bramy Floriańskiej przez Rynek, aż do Zamku biegnie Trakt Królewski. Każdy z królów, przed koronacją przemierzał tą drogę. Podobnie było po śmierci urzędującego króla, gdy stolicą było miasto Kraka. Wiele osób przechodzi Floriańską jedynie jako drogę do Rynku nie zauważając przynajmniej dwóch ważnych miejsc. Pierwsze z nich, to dom Jana Matejki, a drugie Jama Michalika. Ta druga atrakcja, to miejsce gdzie powstał kabaret Zielony Balonik, a także miejsce, gdzie przebywała cała bohema Młodej Polski rysując na ścianach, pisząc na blatach upijając się przy tym do nieprzytomności. Warto tam wstąpić i zobaczyć dzieła, które pozostały po pijanych artystach, ale także pamiątki po Zielonym Baloniku. Idąc dalej ulicą Floriańska w stronę Rynku warto wejść w ulicę św. Tomasza do kawiarni, której szyld widoczny jest zaraz przy skrzyżowaniu tych ulic. Można wypić tam kawę z całego świata przyrządzaną na różne sposoby. Ogólnie polecić warto przejście kilkoma uliczkami bocznymi wokół Rynku, ponieważ są one nie mniej ciekawe niż Floriańska. Warto tutaj wspomnieć, że ulice w obrębie Starego Miasta biegną pod kątem 90 stopni, oprócz jednej – Grodzkiej, która prowadzi na Zamek Królewski. Łamie ona nieco symetrię, podobnie jak stojący przy Rynku Kościół Mariacki, ale jak wiadomo dawniej kościoły były orientowane i stąd złamanie symetrii i niejako przesunięcie względem równo stojących kamienic.

Jak Kościół Mariacki, to hejnał. Grany jest nieprzypadkowo cztery razy i na cztery strony świata: pierwszy raz w stronę Wawelu, dla króla (kierunek południowy). Drugi raz: w stronę Magistratu, dla Burmistrza (na zachód). Trzecie trąbienie jest dla Gości, a więc na północ, w kierunku Barbakanu, a ostatnie – dawniej dla kupców, a teraz dla Komendanta Straży, na Mały Rynek. Wszyscy znamy legendę o tatarskiej strzale, która przeszyła gardło trębacza jest ona jednak nieprawdziwa i wymyślona na początku XX wieku. Niewiele osób również zna dość groteskowe, ale trochę ostre, rozszyfrowanie rzeźb Pomnika Adama Mickiewicza (tzw. Adasia). To miejsce, gdzie zawsze jest tłum, ale mimo to jest miejscem umawiania się wielu osób. Na Rynku jest jeszcze jedna charakterystyczna budowla – Kościół św. Wojciecha. To po nim widać o ile niżej kiedyś była płyta Rynku. Niedawne prace wykopaliskowe potwierdzają jedynie ten fakt i chęć zrobienia kompleksu handlowego i parkingu pod płytą zdaje się tylko kwestią czasu do wykonania.

W końcu dotarliśmy do plagi Rynku, ale też i całego Krakowa, czyli gołębi. Na wielu zabytkach widać siatki zabezpieczenia przed tymi ptakami. Turyści dokarmiają ptaki na Rynku mając z tego ogromną pociechę, ale niestety konserwatorzy zabytków załamują ręce, co roku czyszcząc Adasia czy inne zabytki z gołębich odchodów. Nie jest to problem tylko okolic Rynku, ale całego Krakowa. Znajdziemy go również na Plantach, gdzie warto usiąść po ciężkim dniu zwiedzania.

Przy opisie Krakowa nie można zapomnieć o Nowej Hucie. Nowe miasto wybudowane przy Hucie im. Lenina (teraz im. Sendzimira) wbrew pozorom ma swój klimat. Plac Centralny, gdzie kiedyś stał pomnik Lenina oraz Aleja Róż naprawdę w lecie są warte polecenia. Mimo tego, iż Nowa Huta jest blokowiskiem i reliktem komunizmu samo centrum i jego okolice są warte zobaczenia.

W Krakowie znajduje się wiele uczelni i w czasie roku akademickiego wiele jest studentów, którzy okupują wieczorami i nocami dyskoteki czy kluby. Jednak w wakacje ujawnia się prawdziwa twarz – miasto starych ludzi. W większości niestety na ulicach, oprócz turystów, widzi się przechadzające po Rynku czy parkach starsze małżeństwa, a Centrum jakby pustoszeje. Faktycznie w Krakowie przeważają osoby starsze, a cały klimat napędzają studenci. Jeśli ich brak, miasto przybiera zupełnie inną twarz, o której może jeszcze będzie kiedyś okazja napisać.

Inne miejsca godne polecenia: Muzeum Czartoryskich, Stary Kleparz, Mały Rynek, Cmentarz Rakowicki, Błonia, Kolegiata św. Anny.

Tekst:

Dariusz Drążkiewicz







Komentarze (0)

Copyright by Daniel Feist & Bartek Kozar