2007-06-19

ROZRYWKA

NOC KULTURALNA W CZĘSTOCHOWIE

Ubiegły rok...
W ubiegłym roku nie było mi dane brać udział w nocy kulturalnej, ale z tego co słyszałam była to bardziej porażka niż udany wieczór. Najbardziej niezapomnianym motywem miał być pokaz baniek o północy na Placu Biegańskiego. Całe niebo miało zostać pokryte bańkami mydlanymi, a tymczasem, na balkonie ratusza pojawiła się pani i zdołała wypluć „mnóstwo” baniek w liczbie dwudziestu… Nic dodać, nic ująć… Tego roku sama miałam okazję się przekonać jak wygląda noc kulturalna w Częstochowie i nie zawiodłam się, zdecydowanie było warto na to pójść, choć oczywiście nie wszystkie rzeczy i wydarzenia były godne poświęcenia im czasu. Bilet wejściowy był zdecydowanie za drogi, gdyż powinien był kosztować najwyżej 5zł, ale niestety każdy, kto chciał wejść na lepsze koncerty musiał zapłacić 8zł.

Pamiętna sobota – początek…Mój wieczór z nocą kulturalną zaczął się w Herbaciarni Cafe Belg – dzięki temu odkryłam nowe, bardzo interesujące miejsce. Z małym opóźnieniem noc kulturalna w tym lokalu zaczęła się od koncertu dobrego, częstochowskiego zespoły, choć nie w pełni polskiego o nazwie „Liarman”. Zespół Liarman gra schubert rocka, muzykę kubańską i folk rocka. Zagrali: Susana Raso - wokal, altówka; Astek Cupriak - wokal, klawisze; Łukasz Gaszler - gitara; Jacek Lewandowski - bas; Katarzyna Łapaj – perkusja. Koncert nie każdemu zapewne się spodobał, bo połączenie ostrej muzyki, niesamowitej gitary basowej razem z show danym przez klawiszowca i operowym głosem Suzany, nie wszystkim mógł przypaść do gustu. Ja uważam, że koncert wart był zobaczenia i wiem, że będę na następnych. Zespół umie wytworzyć klimat oraz delikatnie mroczną atmosferę, a rozjaśnia go zmieniająca stroje Suzana, która jest skarbem dla tego zespołu. Gdy skończyli grać publiczność była niepocieszona, ale to, co zadziało się po nich, sprawiło, że nie chcieliśmy zmieniać miejsca pobytu, jednak nie dano nam wyboru. Po koncercie zespołu „Liarman” wystąpiła Suzana wraz ze swoimi gośćmi: Jose Chepito Areasem i Manuel Rodiquezem. Już od pierwszych dźwięków wszyscy byli zachwyceni. Nie ma to jak zimne piwo i hiszpańska muzyka w środku Częstochowy, w malutkiej, zazwyczaj cichutkiej bramie w środku miasta. Po prostu bosko… pojawiły się takie hity jak: „Jolanta” wykonywana również na bis oraz utwór Buena Vista Social Club. Pan Manuel przeszył nas świetną barwą głosu, Suzana dodała barwy całej piosence grając na skrzypcach i śpiewając razem z Manuelem, a język hiszpański po prostu nas zahipnotyzował. Zabrakło nam tylko jednego, by znaleźć się u bram raju, zabrakło „Besame Mucho”, ale jak widać to wyzwanie dla zespołu na przyszłość. Tej hiszpańskiej mieszanki nie można przegapić przy następnej okazji, a będzie taka już pod koniec czerwca.

Najlepszy koncert wieczoru…
Atrakcji w sobotnią noc było naprawdę wiele. Nie tak łatwo było się zdecydować na to, co wybrać i nie być zawiedzionym. W niektórych miejscach odbywała się po prostu komedia, tak jak to było w bramie, gdzie był pamiętny lokal „Gruszka”. Tam grał człowiek orkiestra, który skutecznie bawił cały bar, a śmiechu było przy tym mnóstwo. Najlepszy koncert natomiast obdył się dzięki wsparciu nowego lokalu „Carpie Diem”, to dzięki nim zobaczyliśmy wielkich ironistów, którzy wprost doprowadzili nas do łez, dali do myślenia i zaskakiwali w każdej minucie występu. O kim mowa? To wielki, mały zespół „Mitch & Mitch” . Zespół już od wejścia bawił całą publikę. Stroili się chyba ze 20 minut, było zero łączności w ich wykonaniu z dźwiękowcami, którzy za chiny nie mogli zrozumieć, o co im chodzi, a przecież w tym była cała zabawa. Po 20 minutach, pożegnali się i poszli zawołać ten prawidłowy zespół, a publiczność osłupiała. Po pięciu minutach widzimy zespół „Mitch & Mitch” przebrany w gajerki i gotowy do działania, ale bez braw nie ma grania. Gdy tylko aplauz milknął zespół chciał schodzić ze sceny, co było prześmieszne. Zaczęli ostrym brzmieniem i każdy zdębiał, bo nikt takiego czegoś się nie spodziewał. Tutaj nie było ważne jak faceci kończą, ale jak zaczynają i że trwają w tym niesamowitym show aż do końca. Zrobili taki show, że po prostu nie da się tego opisać. Chłopaki postanowili zrobić parodię z pewnego zjawiska, ze zjawiska amerykanizmu , który nas dopada. Cały koncert oczywiście był in English, dlatego nikt nie wiedział skąd chłopaki są. Nie zapomnę odpowiedzi jednego chłopaka pracującego przy organizacji koncertu. Padło pytanie: „Skąd są chłopaki? Z Anglii?” A on na to: „A nie wiem… Z jakiejś wioski w Polsce…” No myślałam, że upadnę… Całe koncert po angielsku, a tu proszę. Ale ich bardzo zmarnowany busik, którym przyjechali, wskazywał na to, iż coś jest nie tak…Odwalali takie numery na scenie, że szczęki nam opadały. Wokalista, główny diamencik zespołu, po prostu brylował, nazwałabym go największym prześmiewcą, jakiego znam. Co było najbardziej zachwycające? To, że chłopaki wyśmiali wszystko i wszystkich, a zrobili to w takim stylu i przy okazji pokazali taki talent muzyczny, tak niesamowite zgranie i doświadczenie scenowe, że nie mogli się po prostu nie podobać. „Mitch & Mitch” to zdecydowanie zespół showmenów, lepszych od nich nie wdziałam i bardzo czekam na kolejną okazję zobczenia ich na żywo, bo podczas nocy kulturalnej nikt nie był w stanie pobić występu zespołu „Mitch & Mitch” , który nawet nie gra określonej muzyki, bo nie jest to ani rock, ani country, raczej był powiedziała anti countrowa muzyka w połączeniu z rockowym brzmieniem, niesamowitymi gitarami, hukiem, klawiszami, czasem nieziemsko fałszującymi, ale przecież oto właśnie chodziło i cymbałami, które dodały pięknego smaczku tym prześmiewcom. Jestem pod ogromnym wrażeniem i czekam na jeszcze…

Po tym występie już nic nie mogło być lepsze, więc żagle zostały zwinięte. Po kilku dniach nadal mam w głowie cały show, zwłaszcza jednego zespołu…




Tekst: Agnieszka Frankiewicz

Komentarze (1)

aśka (2007-06-19 10:30:28)
fajne
no tak była dobra zabawa w ta noc
Copyright by Daniel Feist & Bartek Kozar