2011-12-23

ROZRYWKA

Coś powraca na ekrany kin

Tagi: film
Od 16 grudnia miłośnicy horrorów mają niesłychaną okazję obejrzeć prequel jednego z najsłynniejszych filmów science-fiction Johna Carpentera pod tytułem „Coś” (ang. „The Thing”). Temat wizyty obcych na ziemi podjął tym razem holenderski reżyser Matthijs van Heijningen Jr.

Artykuł naszej stażystki: Pauliny Frączek

 


 
 

Film „Coś” Johna Carpentera z roku 1982 jest klasykiem horroru, niedoścignionym wzorem dla wielu reżyserów i scenarzystów. Autor inspirował się nowelą amerykańskiego pisarza Johna Wooda Campbella Jr. noszącą tytuł „Who Goes There?”, wydaną w roku 1938. Fabuła opowiada o grupie naukowców przebywających w stacji badawczej na Antarktydzie, którzy natrafiają na nietypowe znalezisko, czyli statek kosmiczny. Ekranizacja w reżyserii Carpentera początkowo nie zyskała wielkiego rozgłosu. Głównym powodem była premiera jednego z najsłynniejszych filmów Stevena Spielberga pt. „E.T.”, który trafił na srebrne ekrany mniej więcej w tym samym czasie co „Coś”. Krytyka i widzowie woleli oglądać film o małym, sympatycznym kosmicie niż trzymający w napięciu i ociekający krwią dreszczowiec. Dzieło Carpentera doczekało się jednak swojego renesansu, kiedy ukazało się na kasetach VHS. Tą zdecydowanie bardziej komercyjną drogą dotarło do wielkiego grona miłośników horroru, którzy szybko okrzyknęli go arcydziełem gatunku.

Kiedy Matthijs van Heijningen Jr. zabierał się za „Coś” Carpentera wiedział, że nie może rywalizować z oryginałem, któremu niczego nie brakuje. Z tego względu od samego początku wykluczał możliwość remaku. Reżyser chciał stworzyć jednak dzieło, w którym tak jak poprzednio będzie panowała wszechobecna atmosfera nieufności i podejrzliwości, doprowadzająca do stanów paranoidalnych. Fascynowały go także niewyjaśnione do końca sytuacje, z którymi stykali się bohaterowie oraz pewnego rodzaju celowe niedopowiedzenia, mające silniej oddziaływać na wyobraźnię widza. Ostatecznie  Heijningen przyjął za punk wyjścia sceny z oględzin obozu Norwegów. Decyzja zapadła – nowy „Coś” ma przedstawiać zdarzenia poprzedzające fabułę filmu Carpentera, ma być swego rodzaju genezą. Było to nie lada wyzwanie, ponieważ cały scenariusz musiał idealnie dopełniać obraz oryginału. Trzeba było zatem znaleźć wyjaśnienia dla siekiery wbitej w ścianę, zmutowanego potwora przed budynkiem, zgliszczy, które pozostały po obozie, czy motywu psa, otwierającego całą akcję filmu Carpentera. Choć przedsięwzięcie wydawało się niemal niewykonalne, cel udało się jednak osiągnąć, a rezultat jest naprawdę zdumiewający. Film zachwyca dbałością o szczegóły, nieprzesadzonymi efektami specjalnymi oraz grą aktorską.

Akcja rozgrywa się w norweskim obozie badawczym na Antarktydzie, gdzie odnaleziono utkwiony pod lodem ogromny pojazd kosmiczny oraz zamrożonego, jedynego ocalałego przybysza. Do bazy przybywa specjalna grupa naukowców, mających zbadać znalezisko. Wśród nich jest Dr Sander Halvorson (Ulrich Thomsen), pragnący zapisać się w historii dzięki temu odkryciu oraz paleontolog Kate Lloyd (Mary Elizabeth Winstead), odpowiedzialna za wydobycie i zbadanie obcego. Entuzjazm szybko jednak mija. Okazuje się bowiem, że przybysz przetrwał hibernację i w dodatku posiada zdolność upodabniania się do wszelkich istot żywych. Od tego momentu rozpoczyna się niezwykle przerażająca gra między członkami ekspedycji, którzy próbują wykryć obcego, ukrywającego się w ciele któregoś z nich.

Reżyserowi udało się osiągnąć upragniony nastrój grozy, wynikający nie z zagrożenia obcą formą życia, ale właśnie owym brakiem zaufania, permanentną wątpliwością kto jest przyjacielem, a kto już nie. Bohaterowie nie mogli mieć pewności z kim tak naprawdę mają do czynienia, co doprowadzało do tworzenia się dystansu między nimi. „Coś” Heijningena próbuje w ten sposób przypomnieć nam postawioną niemal trzydzieści lat temu diagnozę społeczeństwa, mówiącą o tym, że takie wartości jak zaufanie czy wiara w drugiego człowieka powoli zamierają. Teza ta była aktualna w latach 80., kiedy wypowiadał ją w swoim filmie Carpenter i niestety jest aktualna także dziś. W dodatku sytuacja zdaje się pogarszać. Zatem prequel „Coś” nie jest wyłącznie formą rozrywki, mającej dostarczyć dreszczyku emocji, ale jest także oceną naszej wrażliwości względem innych oraz wskazaniem możliwej przyczyny wewnętrznej, duchowej zagłady ludzkości.


Autor: Paulina Frączek


Inne artykuły naszej stażystki:

Listy do M. po premierze

Baby są jakieś inne

Hope Edelman Córki które zostały bez matki
 
Styl w XXI wieku

Nowe objawienie Stephena Kinga, czyli Dallas 63

Relacje damsko - męskie pod lupą Krystyny Kofty

Elektryczna przyszłość dzisiaj

Andrzejki dawne i współczesne

Brytyjski wywiad w nowej odsłonie

W oczekiwaniu na Różę Wojtka Smarzowskiego

Tradycje nocy wigilijnej

Ksiądz Adam Boniecki ocenzurowany

Smutne mikołajki

31 lat pamięci o Johnie Lennonie

Starsi Panowie na deskach Teatru Dramatycznego

Z łezką w oku, czyli 333 popkultowe rzeczy... PRL

Żegnamy Bosonogą Diwę

 

Komentarze (2)

Hogata (2011-12-28 18:51:45)
widziałam 'coś'
muszę przyznać, że - o dziwo - horror sci-fi może mi się podobać :) film jest naprawdę fajny, dobrze się ogląda, a efekty są świetne. sama jestem zdziwiona, ale polecam wszystkim :] oczywiście należy zobaczyć też The Thing '82.
vanilia120 (2011-12-26 17:07:07)
:)
chyba juz to ogladalam, albo cos podobnego ;)
Copyright by Daniel Feist & Bartek Kozar